HISTORIE Z DUCHAMI , OPOWIEŚCI O DUCHACH,SPOTKANIA Z DUCHEM,ZOBACZYŁEM DUCHA,WIDZIAŁEM DUCHA,


               DUCHY ZJAWY I ZJAWISKA NIE WYTŁUMACZALNE HISTORIE O DUCHACH I ŚWIADKACH KTÓRZY PRZEŻYLI SPOTKANIA Z DUCHAMI

W Miasteczku od kilku dni mówiło się tylko o duchach. Wskaźniki pobożności osiągnęły poziom nie notowany od niepamiętnych czasów. Starzy ludzie opowiadali dawno zapomniane historie, a młodzi jak nigdy dotąd chętnie nastawiali uszu. Proboszcz rozpromienił się widząc na niedzielnym nabożeństwie jednego z najbardziej zatwardziałych w miasteczku grzeszników. Nie minęło czasu wiele, a nawet dziennikarz z miasta wojewódzkiego przybył do K. w poszukiwaniu dobrego tematu. A wszystko zaczęło się od kobiety. Nie była to zwykła niewiasta, jedna z tych dziewcząt, które deptały koślawe chodniki prowincjonalnego K. Weronika nie chodziła, ona ukazywała się i znikała w aureoli złotych włosów spływających na alabastrowe ramiona niczym krople majowego deszczu. Śmiech dziewczyny brzmiał jak sznur pereł rozsypany na marmurowej posadzce. W jej orzechowych oczach migotały najjaśniejsze gwiazdy sierpniowego nieboskłonu. Nigdy jej nie widziałem. Marek, młody kościelny widywał ją na rynku, nad rzeką, a najczęściej w snach i marzeniach, które coraz bardziej zlewały się nieszczęsnemu chłopakowi w jedno. Życie nigdy Marka nie rozpieszczało. Urodził się w rodzinie tak zwanej patologicznej. Ojciec pijak, matka wiadomo. Szpetnym był dzieckiem i nie wyrósł z tego. Jąkała i słabeusz. W szkole nie miał lekko. Całe życie pod górkę. Miejscowy proboszcz, człowiek starej daty, jak to mówią dobra dusza, zaopiekował się nieszczęśnikiem. Wykształcił, odkarmił, ubrał i po kilku latach miał gotowego kościelnego. Chłopak z zapałem wywiązywał się ze swoich obowiązków wdzięczny za księżowską opiekę. Noce i dnie mijały, wszystko toczyło się utartym torem aż do chwili, gdy w miasteczku K. pojawiła się Ona. Marek najpierw oniemiał, po chwili stopniał jak świeca na przypiecku, a w końcu oszalał z miłości. Nigdy nie zamienił z Weroniką jednego słowa. Nie zbliżył się nawet do dziewczyny na bliżej niż szerokość ulicy. Patrzył, marzył i chyba był szczęśliwy. Pierwszy raz, pierwszy raz w całym bezbarwnym życiu. Ludzie też patrzyli, widzieli. Czasem ktoś rzucił jakiś gruby żart, czasem coś przygadał, najbardziej jednak nikogo to nie obchodziło. Ot miejscowy niedorajda zakochał się w przyjezdnej, rzecz błaha, nie wnosząca nic istotnego do życia płynącego znaną i niezmienną koleiną. Bójka na weselu, nowa kochanka burmistrza, awaria samochodu proboszcza to tematy godne powszechnej uwagi i omówienia po niedzielnym nabożeństwie. Sprawy toczyły by się pewnikiem swoim torem gdyby nie zniknięcie Weroniki. Dziewczyna wyjechała, nagle i po prostu. Pewnego marcowego dnia pojawiła się na przystanku PKS –u, wsiadła do autobusu i tyle ją było widać. Marek oszalał, chodził jak błędny uliczkami K. Mówili, że szukał. Zaczął pić, choć nigdy wcześniej tego nie robił. Przestał się nawet jąkać. Oczy zaczęły mu pałać jakimś szatańskim ogniem. Potem zniknął. Nikt nie widział chłopaka przez kilka dni aż do czwartku, tego pamiętnego czwartku gdy gospodyni księdza, pełniąca doraźnie obowiązki kościelnego znalazła ciało. Marek wisiał na belce w wieży kościoła. Krótkie śledztwo wykluczyło udział osób trzecich. Był pogrzeb. Pochowano samobójcę bez wielkich ceregieli, lecz całkiem przyzwoicie i zaczęło się. Najpierw ludzie gadali, jak to ludzie w takich przypadkach. Proboszcz na kazaniu potępił samobójstwo, wspominając jednak o potędze miłości i kruchości ludzkiego charakteru. W pierwszą środę po pogrzebie Marka - Wacław - mistrz piekarski, wracając nad ranem z roboty w lokalnej piekarni, usłyszał diabelski chichot z kościelnej wieży. To był ten pierwszy raz, lecz niestety nie ostatni. Następnej marcowej nocy Wojciech - syn kowala, pracownik magistratu, całkowicie będąc trzeźwym i w przytomności umysłu ponownie dosłyszał czarci rechot z wieży zabytkowego kościoła. Potem byli następni , w tym także ludzie poważni , powszechnie szanowani i nadużywający alkoholu tylko przy wyraźnie właściwych okazjach. Był post. W K. zasadniczo przestrzegano wstrzemięźliwości, a diabeł na wieży dokazywał..... Pojawiłem się w K. cztery dni po pogrzebie Marka. Przejazdem. Wstąpiłem do miejscowego baru wiedziony pragnieniem. Przy pierwszym kuflu piwa bez żadnej inicjatywy własnej uraczono mnie miejscowa sensacją. Słuchałem, słuchałem i coraz bardziej dojrzewało we mnie przekonanie, że diabeł nie taki straszny jak go malują. Nie bez pewnej dozy przyjemności dotrwałem w barze do zmierzchu. Nadeszła pora konfrontacji. Wędrowałem wąskimi uliczkami w złocistej poświacie księżyca, światem przepojonym magicznym spokojem zmierzchu. Ani pies, ani ptak, ani żadne inne zwierzę nie odważyło się zmącić swym głosem tej jedynej, niepowtarzalnej chwili z pogranicza sił jasności i mroku. Rynek miasteczka, na co dzień koślawy i marny, w poświacie nocnego światła przedstawiał się nader powabnie. Ławki na skwerku porośniętym klonami i lipami zachęcały do odpoczynku w żółtym świetle ulicznych latarń. Wybrałem tę najbliższa wierzy kościelnej. Skręciłem papierosa. Zapaliłem. Mijały minuty wczesnowiosennego, ciepłego wieczora. Rogalik księżyca zawisł nad ciemna bryłą ruin dawnego klasztoru. Z wieży kościoła dobiegł mnie wisielczy chichot. Cisza. Chrapanie dziecka i znów cisza. Nie miałem już żadnych wątpliwości. Na kościelnej wierzy osiedliły się sowy płomykówki. Jeszcze chwila oczekiwania i w bladym świetle ulicznych latarń ujrzałem piękną sylwetkę sowy o wyraźnie zaokrąglonych skrzydłach. Zanim nacieszyłem się ulotną chwilą zniknął w ciemnościach oddalając się miarowym bezgłośnym lotem...... __________________
Kreator stron www - szybka strona internetowa